Adwent nie zawsze zaczyna się wtedy, gdy zapalamy pierwszą świecę na adwentowym wieńcu. Prawdziwy Adwent zaczyna się często wtedy, gdy człowiek nagle odkrywa, że ktoś na niego czeka. A może jeszcze głębiej – gdy odkrywa, że ktoś liczy na jego światło…
W tym roku Kościół zaprasza nas, byśmy weszli na drogę ucznia–misjonarza. Brzmi to trochę jak wielkie słowa, jak zadanie dla świętych, a nie dla zmęczonych codziennością ludzi. A jednak… Pan Bóg często swoje największe znaki ukrywa
w tym, co zwyczajne.
Najpiękniejsze rzeczy w życiu dzieją się po cichu. Każdego roku w adwentowe zimne poranki wychodzimy z domu, gdy jeszcze noc. Na niebie ani jednej smugi różu. Czasem mróz szczypie w policzki, czasem świat wygląda tak, jakby zapomniał, że istnieje światło.
A my - niesiemy mały lampion. Taki, który ledwo daje radę. Taki, który da się zgasić jednym podmuchem. Ale trzymamy go blisko, jakby był czymś najważniejszym, co mamy.
To on przypomina nam o Pewnym Świetle, które Ktoś kiedyś w nas zapalił…
I właśnie ten maleńki płomyk uczy nas czegoś o wielkiej tajemnicy: Światło w ciemności wcale nie musi być duże, żeby prowadziło. Wystarczy, że jest prawdziwe.
W naszym pięknym parafialnym kościele mamy witraże, które poruszają nawet wtedy, gdy patrzy się na nie po raz setny. Ale kto widział je w adwentowy poranek, ten wie, że wtedy dzieje się coś niezwykłego. Zimne szkło, które nocą wydaje się martwe, nagle zaczyna świecić od środka czyniąc nasz kościół podobnym do wielkiego lampionu, który Bóg trzyma
w swojej dłoni.
I w tym obrazie jest cała prawda o człowieku…
Witraże same z siebie nie mają światła. Nie błyszczą dzięki sobie. Nie zachwycają dzięki własnej sile. One tylko przepuszczają to, co otrzymały. I w tym tkwi ich piękno.
Bo każdy z nas jest jak witraż. Sam z siebie — kruchy. Czasem popękany. Czasem ciemny.
Ale kiedy Jezus świeci w nas Swoim światłem, wszystko nabiera sensu. Nasze radości, nasze troski, nasze dobre pragnienia — wszystko zaczyna błyszczeć tak, że aż trudno uwierzyć, że to my. Uświadomienie sobie tego obrazu bardzo porusza…
To światło od środka budzi witraże do istnienia. Tak jak Słowo Boga budzi ucznia do misji.
Czy to nie jest najcichsza przypowieść o nas?
Witraż świeci tylko wtedy, gdy ktoś zapali światło w środku. A tym Światłem, od pierwszej do ostatniej chwili, jest Chrystus. On nie chce świecić sam. To jedna z największych tajemnic naszego powołania: On pragnie, by Jego światło przenikało również nas. Każdy z nas przez chrzest święty jest jak jedno szkiełko witraża – sam z siebie może niepozorny, ale w dłoniach Mistrza staje się częścią większej całości. Jezus mówi do nas wszystkich: „Jesteście światłem świata”.
Nie w sensie „macie świecić z siebie”, ale: „Pozwólcie Mi świecić w was”.
Czy jesteśmy witrażem dla innych? Czy ktoś, patrząc na nas może zachwycić się i pomyśleć: „To światło… skąd on je ma?”
Adwent wzywa bardzo mocno do czuwania. A czuwanie to nic innego jak troska o światło – o to, by nie przygasło. Kiedy więc patrzymy na siebie jak na witraże, potrzeba pamiętać, że Kościół jest miejscem, w którym nie tylko otrzymujemy światło, ale też uczymy się je przekazywać. Nie wystarczy rozświetlić wnętrza kościoła. Trzeba rozświetlać świat.
Witraż nie świeci dla siebie. Świeci dla tego, kto patrzy z zewnątrz. Czy to nie najgłębszy sens misji?
Roraty są Świętem Maryi, pierwszej misjonarki. Powiedziała Bogu jedno „tak”, i od tego „tak” zaczęło się największe Światło świata. Ona była pierwszym witrażem, który pozwolił, aby Boże Światło świeciło przez Jej życie tak jasno, że aż aniołowie zamilkli ze wzruszenia.
Hasło nowego roku liturgicznego — „Uczniowie-misjonarze” — nie wymaga od nas wielkich słów. Ono zaprasza
do czegoś o wiele prostszego, a zarazem piękniejszego:
Pozwól Bogu świecić w tobie. Daj się rozpalić i zapalaj innych do życia z Bogiem.
To jest najważniejsza misja życia. Nie zdobyć świat, ale rozjaśnić choćby jeden czyjś mrok. Nie przekonać wszystkich,
ale ogrzać choćby jedno serce. Nie być idealnym, ale być prawdziwym.
Adwent uczy, że światło nigdy nie jest tylko dla tych, którzy już są w środku. Światło jest po to, by ktoś zgubiony mógł znaleźć drogę. Jesteśmy zaproszeni, by stać się uczniami–misjonarzami tego jedynego Światła.
Jeśli chociaż jedno serce zapłonie od nowa… Jeśli chociaż jedna łza spadnie nie z bólu, lecz z dotknięcia dobra… Jeśli ktoś zatęskni za Bogiem… To znaczy, że jesteśmy uczniami–misjonarzami i nosimy w sobie Jego płomień.
Nosimy go od chrztu, od pierwszego „Przyjdź, Panie Jezu” wyszeptanego w dzieciństwie.
W ten Adwent zawołajmy z głębi serca: „Panie… spraw, abym był Twoim witrażem. Twoim lampionem.
Twoim światłem w ciemności świata”.
ws