SYMPATYCZNA BRUNETKA SZUKA POMOCNIKA

- CAŁA HISTORIA

Kiedy dowiedziałam się, że niedaleko mojej pracy jest chora, postanowiłam, że włączę się w posługę. Po niedługim czasie doktor Maria pyta, czy zajęłabym się robieniem tam grafiku. Po krótkim namyśle się zgodziłem i później tego wielokrotnie żałowałam, ale po kolei.

Pani Grażyna mieszkała sama. Kiedy trafiliśmy do tego domu, stan chorej był ciężki. Opiekowała się nią sąsiadka, która poprosiła o pomoc Hospicjum. Nasze posługi miały być codziennie wieczorem, a w weekendy 2 razy dziennie. Później nawet 3 razy dziennie. Niestety po kilkumiesięcznej codziennej pomocy pani sąsiadka się wypaliła, musiała zająć się swoim zdrowiem i wolontariusze przejęli opiekę nad chorą. Było ciężko. Pamiętam, że u mnie była wtedy moja mama, bo jej stan zdrowia wymagał większej opieki. Kładłam mamę spać, a sama na rowerze jechałam do chorej. W czasie wakacji mieliśmy mały deficyt posługujących, bo to czas urlopów, ale daliśmy radę! A prócz pani Grażyny mamy zawsze ponad 20 chorych! Najtrudniejsze miało jednak dopiero nastąpić. Stan chorej się pogorszył. Pojawiły się bezdechy. Możecie sobie wyobrazić taką scenę: jest już ciemno, otwieram drzwi kluczem i mówię: Dobry wieczór! Cisza. Z sercem na ramieniu zapalam światło, podchodzę i patrzę, czy chora żyje? Klatka piersiowa się porusza. Uff! Żyje. Bałam się tych ciemności tam. Bałam się masek, które wisiały na ścianach i obrazu mężczyzny ze strasznymi oczami. Jak to dobrze, że chodzimy po dwie osoby. Z czasem zaczęliśmy się śmiać, że z tych dwóch osób jedna jest mądra a druga silna. Silna, bo kręgosłupy bolały jak się panią trzymało podczas robienia toalety na łóżku. I chyba wolałam być tą silniejszą, bo mimo moich 20 lat posługi,
trudno było z toaletą przy takich ranach. Często pytałam się w myślach: Co ja tu robię? Przecież ja nawet nie mogę patrzeć na to, a co dopiero myć i opatrywać!

Nasze ludzkie zasoby zaczęły się wyczerpywać. Ludzie są tylko ludźmi. Wolontariusze też tylko ludźmi. Zaczęłam tracić nadzieję, że podołamy! Postanowiłam wezwać posiłki. Zgłosili się nowi posługujący, którzy dołączyli do tych „starych”.

I tak np. w każdy wtorek chodziłam z Edytą, która przyjeżdżała spoza Radomia. Zawsze uśmiechnięta, podtrzymywała mnie na duchu dobrym słowem. To dzięki niej zaczęłam zachęcać wolontariuszy, pisząc: „Wysoka brunetka o miłej aparycji szuka na wieczór pomocnika do chorej. Okazja może się już nie powtórzyć”. Dziękuję Edyto, że byłaś ze mną! Dodałaś mi chęci do działania! Nawet dołączyli do zespołu panowie. Cały czas mam przed oczami Grześka, który odwracał głowę,
bo nie mógł wytrzymać zapachu i Anię, która umyła chorej głowę dzisiaj, bo jak powiedziała: Jutro będziesz miała mniej,
i Kasię, która przyszła na dyżur, choć sama źle się czuła. Macie wielkie serducha! Z wami było łatwiej!

Mam w pamięci też chwile, dla których warto było się trudzić. Takie małe stokrotki, kiedy to chora się uśmiechała…
np. nagle pani Grażyna mówi słabym głosem: „Wiecie co? Zjadłabym kotlecika, bo już wieki nie jadłam”. Stoimy osłupiali,
a pani dodaje: „Ale nie sama, tylko z wami”. Zaczęłam żartować, że o tej porze staram się nie jeść (było po godz. 19), ale nie zawsze mi to wychodzi. Ha, ha, ha - pani na to. Kiedy chora nie chciała wziąć np. leków, mówiłam: „Niedobry pacjent, nie dostanie buziaka na pożegnanie!” I wtedy najczęściej się udawało. I dalej: „Czy mam dać buziaka?” „Dać” - padała cicha odpowiedź. A gdy całowałam chorą w skroń, z lekkim uśmiechem mówiła: „Dziękuję, kochana”.

Ciężko było nam wychodzić, bo jak tu zostawić samą chorą w tak ciężkim stanie. Polecaliśmy panią aniołom i Matce Bożej
i z ciężkim sercem gasiliśmy światło, zamykając drzwi. Mówi się, że to chory wybiera, przy kim chce odejść. I chyba wszyscy się zastanawialiśmy nad tym, jak to będzie i kto będzie wybrańcem?

Jak zwykle byłyśmy we wtorek z Edytą. Dołączyła do nas doktor z zespołem. Pani była już nieprzytomna. Zrobiłyśmy toaletę bardzo delikatnie, cały czas mówiąc do chorej. Była też modlitwa. Na koniec jak zwykle buziaczek i wiedziałam,
że to ostatni. Pani żyła jeszcze dobę. Odeszła we śnie, sama. Cóż powiedzieć na koniec? Mam nadzieję, że się spotkamy
w lepszym świecie!

Dziękuję wszystkim wolontariuszom. W dobrych zawodach wystąpiłam, bieg ukończyłam, wiary ustrzegłam.

Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Ps. Pani Grażyna była pod opieką Hospicjum od grudnia 2024 do listopada 2025. Przez dom przewinęło się ponad 30 wolontariuszy.



do góry