ŚLADY FRANCISZKA /1/

Parę tygodni temu rozpoczęliśmy Rok Świętego Franciszka z Asyżu. Mogliśmy już o tym przeczytać w „Mojej Parafii”. Przed nami kilka miesięcy w szczególnym klimacie słynnego „Pax et bonum” (Pokój i Dobro – zawołanie franciszkańskie). Piękny czas, tak jak piękna jest historia życia Patrona Roku.

Być może tytuł cyklu „Ślady Franciszka” wielu Czytelnikom naszej Gazetki skojarzył się ze stygmatami, które przez około dwa lata nosił na swoim ciele Biedaczyna z Asyżu. Mnie samej także od razu stanęły przed oczami rany Franciszka, czy raczej... rany Jezusa widoczne na dłoniach, stopach i boku świętego. Nad historią i istotą tych znaków spróbujemy kiedyś się pochylić. Jednak postać Patrona tego Roku niesie w sobie tak ogromne przesłanie, że warto, abyśmy „po kolei” zatrzymywali się na różnych „promieniach”, które Bóg wplótł w aureolę jego świętości.

Niedawno w jednym z miejsc, związanych z Franciszkiem, zobaczyłam figurę... Święty stoi z rękoma i oczami, uniesionymi do góry. Dłonie i stopy, naznaczone krwią ran, których czerwień odbija się wśród śnieżnego dziś krajobrazu. Gdyby zamienić w figurze ciemny habit na białą szatę i wydłużyć włosy na głowie, można by powiedzieć, że to wizerunek samego Pana Jezusa. Właściwie... przecież tak jest. Bo Franciszek to „witraż”, przez który widzimy Chrystusa. Tego, który jest Wolnością, Pokojem i uosobieniem Dobra. Nieprzypadkowo do Jana Bernardone z Asyżu przylgnęło imię Franciszek (czyli „wolny”), zaś dewizą jego życia stało się pragnienie bycia „narzędziem Bożego pokoju” i czynienie dobra.

Rzeźba, którą oglądałam, ma w sobie jeszcze jeden ciekawy element. Na cokole, u nóg świętego widać kilka małych ptaszków. Gdy spojrzałam na ten szczegół, najpierw wydawało mi się, że zbyt kontrastuje on z klimatem całej figury. Jednak po chwili przyszła refleksja... To jest właśnie fenomen Franciszka. Prostota dziecka oraz „uśmiech w stronę świata”, splecione z wewnętrzną ascezą, głębią życia duchowego i takim połączeniem z Jezusem, że nawet ciało zostało obdarzone znakami Męki.

Franciszek to „człowiek-orkiestra”, na której czele stoi sam Bóg. Więcej, On nie tylko w tej orkiestrze nadaje ton, ale też porusza struny instrumentów. Franciszek to skrzypce w ręku Boga. Tu jest klucz i istota jego charyzmatu.

Idźmy więc w tym Roku po śladach Biedaczyny z Asyżu, wsłuchując się w melodię, jakim stało się jego życie – kiedyś na ziemi i teraz w wieczności.



Małgorzata Sar

do góry