Zdarza się, że człowiek jest wśród ludzi - ma rodzinę, znajomych, przyjaciół - a mimo to czuje się samotny. To dziwne
i trudne doświadczenie, bo przecież po ludzku „wszystko się zgadza” – są rozmowy, spotkania, wspólny czas. A jednak
w środku coś boli, coś uwiera, coś przytłacza tak bardzo, że brakuje tchu.
Czasem problemy, trudności i cały szereg zdarzeń spadają na człowieka jednocześnie. Ogarniają go z każdej strony. I choć bardzo chciałoby się z kimś tym podzielić, to nie ma z kim. Bo wszyscy dookoła widzą tego człowieka jako osobę silną. Taką, która „zawsze sobie radzi”. Która się nie skarży. Która ma wszystko pod kontrolą.
A człowiek ten często tylko na zewnątrz jest uśmiechnięty. Rozmawia, żartuje, funkcjonuje normalnie. Nie pokazuje
tego, że w środku coś krzyczy. Że serce woła o pomoc. Że czasem zwyczajnie nie ma już siły.
I wtedy zostaje Jezus. Jako Jedyny.
Do Niego można przyjść bez maski. Bez udawania. Bez tłumaczenia się, że „przecież da się radę”. Można Mu powiedzieć wszystko – to, co boli, to, co przerasta, to, co powoduje lęk. On wysłucha. Nie oceni. Nie porówna. Nie powie: „ogarnij się”.
Jezus jest prawdziwym Przyjacielem. Takim, który zna lepiej sytuację, niż ktokolwiek inny. Wie, że twardość często jest tylko przykrywką. Że pod nią kryje się słabość, zmęczenie i bezradność. Wie, że czasem nie chce się już być silnym – tylko chce się być zaopiekowanym.
W Jego obecności nie trzeba niczego udowadniać. Można po prostu być. Milczeć. Płakać. Mówić chaotycznie albo tylko siedzieć obok. On rozumie nawet to, czego nie potrafi się nazwać.
Może dlatego w tej samotności pośród ludzi odkrywa się, że nie jest się samym naprawdę. Bo jest Ktoś, kto zawsze czeka. Kto nigdy się nie znudzi słabościami. Kto nie odwróci się, gdy zabraknie sił.
I choć czasem bardzo chciałoby się, by ludzie zobaczyli więcej, to wiadomo, że w Jezusie ma się Przyjaciela, który widzi wszystko. I to wystarcza, by przetrwać nawet najtrudniejsze dni.
Sara